|
|

FRYZJER
Marynarz musi spać, jeść, pić i ścinać włosy. Historia obcinania sięga daleko wstecz do czasów, kiedy łatwiej było obciąć całą głowę niż bawić się z pojedynczymi włoskami, nie mówiąc już o afro, czy dredach.
Niestety, spadająca przez to liczba ludności, a tym samym matrosów oraz rosnące zapotrzebowanie na załogi, zmusiła armatorów do wprowadzania innych, łagodniejszych metod usuwania nadmiaru włosów z głowy.
Prawdziwą rewolucją w marynarce, obok silnika spalinowego, śruby napędowej, radaru i GPS-a było odkrycie nożyczek na terenie dzisiejszego Egiptu przez niejakiego Kokoniusza Ibn Patrę około XV w. p.n.e.
Marynarze na całym świecie odetchnęli z ulgą. Kosmyki, kłaki, warkocze, koki, ogonki, pejsy, grzywki, koguty nie musiały już być obżynane przy pomocy tępych i prymitywnych narzędzi takich jak topór, toporek, siekierka, czy kierpce.
Nowa era nastała wraz z wprowadzeniem elektrycznej maszynki do strzyżenia włosów przez J.W. Eliote'a w 1957 roku. Świat oszalał wtedy na punkcie rock n’rolla, Elvisa, nylonu i Syrenki Warszawskiej, tak więc skromna maszynka eliotowska przeszła bez większego echa. Zagościła ona również w marynarce handlowej.
Od tamtej pory każdy szanujący się statek miał na wyposażeniu maszynkę do strzyżenia włosów, natomiast każdy szanujący się bosman był mianowany fryzjerem okrętowym. Umiejętności wielu z nich, nawet przy pomocy tego prostego urządzenia były tak kiepskie, iż wielu marynarzy w „bulu” i męce okrutnej poddawało się operacji obcinania włosów. Wielu z nich marzyło wtedy o powrocie do ery topora, jako metodzie szybkiej i stosunkowo bezbolesnej.
Doświadczenia Dzielnego Marynarza w tej kwestii nie różnią się zbytnio od innych i wyglądają następująco. Wszystkie maszynki na statkach sprawiały nieodparte wrażenie, że znajdują się tam od lat ’60 ubiegłego wieku w stanie niezmienionym. Nie zaznały przyjemności czyszczenia, czy smarowania. Wszystkie były tępe.
Obcinanie włosów najczęściej odbywało się w niedzielne przedpołudnie i było okazją do śmiechu. Bosman trzymał w jednej łapie brzęczącą i terkoczącą złowrogo maszynkę, a w drugiej wyrywającego się marynarza. Takie strzyżenie zapada głęboko w pamięć, podobnie jak amputacja kończyny, wyrywanie zęba bez znieczulenia, czy transplantacja wątroby bez narkozy.
Największe upokorzenie spotkało Dzielnego Marynarza na pokładzie pewnego żaglowca, który stał spokojnie zacumowany w Starym Porcie w Barcelonie. Siedział on wtedy na zydelku umieszczonym na pokładzie głównym. Niczym królik doświadczalny został owinięty szczelnie białym prześcieradłem. A, kupa gapiów i spacerowiczów na nabrzeżu przyglądała się całej ceremonii. W roli kata występowali: kuk, bosman, starszy oficer oraz mechanik. Kucharz wystrzygł środkowy pas ala Tytus, Romek i A'tomek na głowie Dz. Marynarza, po czym chłopaki zwinęli się z wyraźnym zamiarem wyjścia na miasto.
Marynarz siedział upokorzony sam i cierpiał za miliony. Grupa gapiów przed jachtem rosła w oczach. Nie podziwili oni takielunku, masztów, żagli, czy wspaniałego bałaganu twórczego na pokładzie, lecz modną fryzurę poszkodowanego. Poszkodowany wiedział jak wygląda, ponieważ koledzy podsunęli mu lusterko pod nos przed opuszczeniem go.
- Koledzy! – wołał cieniutkim głosikiem Poszkodowany Marynarz, coraz mniej już Dzielny. Ale, oni nie słyszeli lub nie chcieli słyszeć.
W końcu, zlitowali się nad nim i dokończyli dzieła. Efekt końcowy był tak zły i opłakany, że nie pozostawało nic innego jak tylko powołać komisję do zbadania przyczyn nierównomiernego obcięcia włosów. Komisja zarządziła ogolenie głowy na łyso, ponieważ zbliżała się już noc i nic lepszego chłopakom nie przyszło do głowy..
Tak też się stało i przez dwa tygodnie z małym haczykiem, Dzielny Marynarz wyglądał jak kurczak.
Pozostałe strzyżenia odbywały się na statkach zawsze przy użyciu okropnych maszynek. Pewnego dnia nasz Dzielny Marynarz poszedł po rozum do głowy. Długo nie wracał, aż w końcu zakupił swoją własną, prywatną w nie dla idiotów. Ku przestrodze, ponieważ niektórym z jego kolegów udało się dostać żółtaczki typu B dzięki bezmyślnemu postępowaniu i nieprzestrzeganiu podstawowych zasad higieny.
Ku przestrodze.
Przeczytaj blog Marynarza
|
|
|

DRAGON cz.1
Satysfakcja z połamania masztów i splądrowania ładowni białego żaglowca o dziwnej nazwie Fryderyk Ch. nie wystarczyła Staremu na długo. Jego Zardzewiała Krypa i Parszywa Załoga odpłynęli w siną dal z mocnym postanowieniem skierowania dziobu na pd-zachód, Martynikę. Chłopcy mieli tam pewne rachunki do wyrównania. Stary zamknął się na noc w swojej kabinie razem z papugą Bladką. Coraz głośniejsze czknięcia i kraknięcia, dobiegające uszu załogi, świadczyły tylko o jednym. Bawili się wyśmienicie w swoim towarzystwie. Załoga mogła balować i opijać ostatnią zdobycz.
Rankiem.... nikt nie był w stanie sobie przypomnieć, o co w tym wszystkim chodziło.... Stary, świeżutki, wykąpany i ogolony. Przechadzał się po pokładzie. Bladka, świeża, wykąpana i ogolona. Siedziała dumnie na jego ramieniu i z pogardą graniczącą ze skrajną nienawiścią spoglądała z wysokości na resztę, utaplaną w brudnej rozpuście. Załoga, sprawnie poganiana batem starego, szorowała pokład, malowała drzewce, czyściła kible, zęzy i armaty, reperowała żagle, polerowała mosiądze, klarowała liny i wyrzucała puste butelki. Kuk otrzymał rozkaz zamknięcia magazynku z napojami i słodką wodą, a na obiad kazano mu przyrządzić soloną rybę, solone ziemniaki i wodę morską do popicia. Załoga ledwie zipała i umierała. Niektórzy błagali o szlag, który mógłby w końcu trafić Starego. Cierpienie, które potęgował w ich głowach kac gigant, przerosło wszelkie wyobrażenie. Nikt nie spodziewał się, że po tak upojnej nocy, jaką spędzili razem, Stary i Blada, oboje wstaną skoro świt. Wszyscy wiedzieli, w co lubił zabawiać się Stary, a raczej w jakie fatałaszki przebierać***.

Dzielny Marynarz, popijając swoją ulubioną wodę z bąbelkami, ukrył się skutecznie w dziobowym magazynku z farbami i udawał, że je liczy. Albo waży. To był błąd. Nakryła go Bladka, która kracząc, poleciała naskarżyć Staremu, a DM już czuł na plecach chłostę, gdy otwierała swój wredny dziób:
- K'pitania, k'pitanie, kra, kra, a bosman leży w....- nie dokończyła. Szybki i celny liść spowodował natychmiastowe zamknięcie dzioba wraz z turlającą się po pokładzie papugą.
Przez zwężone szpary powiek, nabiegłe krwią oczy (jedno prawdziwe, drugie sztuczne) ziały ogniem, jadem i szaleństwem. Zaciśnięte z całych sił wargi schowały się pod zarostem twarzy, zmarszczonej niczym kapusta kiszona w woreczku. Poszatkowana głębokimi bruzdami i zmarszczkami, purpurowo-fioletowo-stalowa twarz. Jad wylewający się z oblicza truł, palił i gryzł wszystko dookoła. Temperatura rosła, aż zaczęło skwierczeć. Jedyną ręką, posiadającą dłoń (druga wyposażona była w hak), Stary trzymał za gardło Sternika. Widok był bardzo interesujący, szczególnie, że twarz Sternika wyglądała podobnie do Starego. No, może z drobnymi dyferencjami. Oczy jego nie były zwężone, lecz wyłupiałe. Ale, również nabiegłe krwią. Usta rozdziawione w kretyńskim zdziwieniu z jęzorem wywalonym na brodę. Kolor buźki za to, obaj mieli ten sam. Kolory tęczy. Nogi nieszczęśnika dyndały w powietrzu całkowicie bez sensu, ponieważ pod nimi znajdowała się tylko woda. Żadnego innego oparcia.
- Chrrrrrr...chrrrrrr...rghhhhhhh - wydawało się, że Sternik próbował coś powiedzieć. Coś bardzo ważnego.
Jad, wylewający się ze Starego, zdążył wypalić całkiem niezłą dziurę wokół niego i Cieśla drapał się po głowie, obmyślając, jak to wszystko naprawić. Drewniany pokład długo nie wytrzyma, troskał się. Zauważyła to leżąca na pokładzie Bladka, która zdążyła już odzyskać przytomność, ale wolała się nie wychylać.
- Grahhhhllllll...chrrrrrrrraaaaaa...eeerrrrrrhhhhh....hhh...hh..h. - Ciało Sternika uniósł najpierw wiatr (Stary nie przekarmiał swojej załogi), a potem pochłonęło morze.
- Wy chędożeni w ciało modzelowate psubraty, wy gnoje genetycznie modyfikowane, mułożercy i ssakopłaszczki srające do góry brzuchem, wy tępe cewki moczowe, nieskończeni umysłowi patelniarze, barbapupy z domieszką osocza skunksa, pustogłowi zjadacze pomyjów, odjechani masturbirbanci, woły i osły syberyjskie, chińskie plastiki, ptasie móżdżki, jaszczurze umysły, protoplaści leppena........ !!!!!!!!! - .........!!!!!!!!!!!
Słońce już zachodziło, kiedy barwy na twarzy Starego lekko przybladły. A, może to tylko kąt pod jakim padało Słońce?
- ......upy powyrywam, nawlekę na ringabulinę przez uszy, każe zęzę codziennie chłeptać...... !!!!!!!!!!- Tak, Stary był wściekły.
Rozkaz płynięcia na Martynikę pozostał tylko rozkazem. W trakcie libacji alkoholowej na pokładzie, w której Sternik brał czynny udział, statek zatoczył lekki łuk, zmienił kurs o 180 stopni, po czym stanął w dryfie. Koło sterowe nie trzymane pewną ręką, obracało się z jednej mańki na drugą. Zardzewiała Krypa, niesiona prądem, zaczęła dryfować swobodnie w kierunku północno wschodnim. Wprost na zieloną Pen Wyspę. Krainę Smoka Pena, słynnego Dragona Pena.

Stary tylko spojrzał na mapę, potem na Słońce i jeszcze raz na mapę. Pojął natychmiast, że coś jest nie tak.
Właściwie, pasowało mu to rozwiązanie. Od dawna marzył o ataku i splądrowaniu zielonej Pen Wyspy. Już nie mówiąc o pojedynku z Dragonem Penem. Ale, jako człowiek o wielu twarzach, dbający o kulturę i tradycję, musiał ukarać winnych.
- Sternik do mnie! - wrzasnął, i tak rozpoczął się koniec biedaka, który miał zbyt słabą głowę, aby imprezować i jednocześnie trzymać kurs.

Po wygłoszeniu tyrady, pt. "Osiołgniencia y yntelygencyja załogi wielką jest", zarządzono przygotowanie do ataku. Całą noc i cały następny dzień Parszywa, Brudna, Zmęczona, Zziajana i nadal Skacowana Załoga tyrała przy klarze na pokładzie, w ładowni, prochowni i przy działach.
Zardzewiała Krypa posiadała w swych lukach tyle złota, klejnotów i zdobyczy, że ledwie płynęła do przodu. Chłopcy musieli zrobić poważny remanent i część zbędnego badziewia oraz kruszec niskiej wartości rynkowej zatopiono w dwunastu skrzyniach na umrzyka na pozycji: 52 04.119'N/014 20.325'W. Pozycja ta została dokładnie zapisana w dzienniku, a niektórzy nawet wytatuowali ją sobie na piersi.
Kiedy już wszystko było dopięte na ostatni guzik, skierowano dziób na północno-zachodnią część wyspy.
Nikt z mieszkańców nie spodziewał się nadciągającej nieuchronnie klęski.
Przeczytaj blog Marynarza
|
|

DRAGON cz.2
Relacja z programu: " Zagadki Wczesnej Jatki". Relacjonujący, w średnim wieku, obowiązkowo wysoki szatyn, w skórze, najlepiej brązowej, dłonie koniecznie w kieszeniach:
"Okolice Dun Na nGall. Przy wejściu do Zatoki znajdowała się mała osada gCealla BEAGA i to właśnie tam dnia 12 czerwca 2011 roku rozegrała się najstraszliwsza potyczka w historii ludzkości.
(oddech)
Siły nieprzyjaciela w przeważającej ilości spadły na tą cichą i spokojną mieścinkę niczym grom z jasnego nieba. Ilość pocisków i bomb użyta do tej operacji przewyższyła tą, użytą w Hiroszimie (tam użyto jednej - przyp. autora).
(oddech)
Tablica przy wejściu do portu pierwsza doświadczyła, co to znaczy być po drugiej stronie. Nie po tej, po której stał Stary, Parszywa Załoga i Dzielny Marynarz. Rozleciała się w drobny mak, kiedy przelatująca kula chciała zrobić z niej sito.
(oddech)
Jaki cel strategiczny miała ta osada rybacka? Dlaczego Stary zdecydował się uderzyć właśnie tutaj o świcie 12 czerwca, skoro dzień wcześniej ustalił co innego ze Stalinem i Rooseveltem? Jak zareagował na to Pekin? Po ile był cukier w sklepach? Wreszcie, co o tym wszystkim pomyślą ludzie?
I, ostatnie pytanie.
Dla kogo, tak naprawdę, pracował Stary???"
(wydech)
Zardzewiała Flotylla wjechała do Zatoki o świcie pięknego, czerwcowego poranka. Oto opór na jaki natrafiła. Niech pozostanie bez komentarza.
Drobny mak został roztrzaskany w drobny mak.
Śpiący w domach ludzie, głównie rybacy, biedacy i drobni ciułacze nie przeczuwali co ich czeka. Pierwsza salwa zmiotła wieżę kościoła, pocztę, restaurację Kulawego Seana O'Coinneach i pub Connora O'Doherty. Zniszczyła mostek, oddzielający gospodarstwo pani Aoife Murray od pryzmy, na którą jej syn codziennie od 34 lat wywoził gnój. Zanim wyczytano nazwiska wszystkich poległych i poszkodowanych, padła druga, przedostatnia salwa. Połowa chałup nie miała dachu, druga polowa płonęła, trzecia wyleciała w powietrze. Słychać było krzyki rannych, pisk niewiast, które od niepamiętnych czasów w takich sytuacjach piszczą, ryk zarzynanej świni u sołtysa, płacz niemowląt i porykiwanie osła. Jak śpiewał artysta w utworze "Mars napada": zniszczenie, ruchawka i pożoga.
Trzeciej salwy nie było słychać, ponieważ zagłuszył ją rumor i raban, jaki wytworzył się na drodze krajowej, prowadzącej do Dublina przez Donegal. Killybegs zostało zdobyte i wzięte do niewoli. Ilu pojmano O'Murphy'ich, Kelly'ich, O'Sullivan'ów, O'Brien'ów, Byrne'ów, O'Connor'ów, O'Neill'ów, O'Reilly'ch, Doyle'ów, O'Doherty'ch, Kennedy'ch, Lynch'ów, Murray'ów, Quinn'ów, tego nie wie nikt. Pojmano również O'Klarki i O'Zołzy. Załoga sprawnie plądrowała i grabiła, nie zapominając przy tym ugasić pragnienia lokalnymi trunkami.
Resztę przykrył gęsty dym. Około południa, można było zobaczyć zgliszcza i ruiny. Trup ścielił się gęsto. Nagle Parszywa Załoga, pewna zwycięstwa, usłyszała złowrogi szelest i podmuch powietrza. Coś dziwnego działo się tu w okolicy. Padł blady strach.
Stary psyknął:
- Pssssyt!
- Co to jest, do kota?! - chciał wrzasnąć, ale strach go obleciał. Wszędzie było pusto i spokojnie. Dziwnie cicho. Woda w zatoczce niezmarszczona ani jedną falą, odbijała skaliste brzegi i nieskończoną zieleń. Od czasu do czasu przepalona krokiew, czy inna belka dawały o sobie znać, łamiąc się z łoskotem
- Może to smok? - zabulgotał Kuk ściskając mocniej chochlę.
- Eeee! Gdzie tam, ty, Blada, lecisz na zwiady! - Głos Starego wcale nie drżał.
Blada była tak wystrachana, że zesrała się i padła zemdlona na kamienie. Nawet nie kraknęła.
- No, i po co było to krakanie, ty Szmatławcu-latawcu? - Stary chciał ją kopnąć, ale na drodze stanął mu Dzielny Marynarz.
- Nie rusz - wysapał przez rozbite usta, z których sączyła się krew. Z lewego ramienia ciekła druga strużka, ale wciąż mocno trzymał szablę w prawej dłoni.
- Taaaaak? Taaakiś dzielny, plazmowy, płaski, chudy natręcie? To idź sam - Stary wyszczerzył ostatnie dwa zęby. Załoga też wyszczerzyła ostatnie zęby. Wszyscy schowali się za plecami dowódcy.
Marynarz poszedł, bo nie miał nic innego do roboty. Splunął na ziemię i owinął twarz szmatami. Schował szabelkę, a na ramię wziął kołczan i łuk.
- Te, siekiere se weź! - zaszydził głośno Stary, który już ogłosił zwycięstwo i zdobycie Zielonej Pen Wyspy.
- Jeszcze nie czas na siekierę - pomyślał ze spokojem Marynarz i ruszył na zwiad. Zapadał zmierzch. Z małej i cichej mieściny zostały tylko zgliszcza, popioły i kurz. Szkoda tego wszystkiego. Po drodze mijał rozbite tablice, reklamy, samochody i furmanki. Pod stopami chrupały gliniane garnki i szkło. Niektóre kawałki miały napis "Gui", a inne zaś "nness".
Dzielny Marynarz wdrapał się na klif Ailte Shliabh Liag i rozejrzał dookoła.
Widok na ocean powodował u niego lekki zawrót głowy. Czar wyspy zaczynał działać. Pachniało morzem, ziemią, zieloną trawą i ... nagły podmuch gorącego powietrza opalił mu włosy i kark. Siarka. Rozdzierający świst i ryk wypełniły całą przestrzeń. Nadleciał on, Dragon Pen. Był przerażający, jak to smok, oraz niepokonany, jak smok. Zielono-brązowy, bez łusek.
- Przybyłem z drugiego końca wyssspy! Czego tutaj chcecie, gnioty?! To moja wyssspa i tylko moja! - syczał sepleniąc. Latał wysoko poza zasięgiem szabli. Marynarzowi wcale nie było do śmiechu.
Powolutku wyciągnął łuk i strzałę. Napiął cięciwę. Wycelował. Smok zauważył ten ruch, zawrócił w locie i runął w dół na Dzielnego Marynarza. Ział ogniem i dymem z rozdziawionej paszczy. Zbliżał się nieuchronnie. Los marynarski był przesądzony. Kiedy Marynarz myślał, że jest po nim wypuścił strzałę z łuku, ale chybił. Smok już miał go chwycić w szpony o rozerwać na strzępy, kiedy nagle zawył z bólu i złapał się za lewą nogę. Ponieważ trzymał się za nogę, nie mógł machać rękami, więc runął na ziemię jak długi. Siekiera tkwiła głęboko.
- Trudno będzie ją wyciągnąć - pomyślał Stary, wydobywając z kieszeni kalkulator i licząc ile straci na wartości smocza skóra, za którą obiecano mu taką kupę kasiory. Najwięcej płacono za nieuszkodzoną. Starali się zrobić to jak najdelikatniej, ale nie dało się go pokonać bez ściągnięcia na ziemię. Dlatego zdecydował się posłać tego smarkacza na przynętę. Bladka dobrze zagrała swoją rolę, mdlejąc teatralnie. Kiedy ten głupi gad upatrzył sobie ofiarę, Stary zamachnął się tylko raz. Chciał trafić w skrzydło, ale i tak nie było źle. Reszta była już formalnością, kiedy go dopadli. Mieli przewagę liczebną. Za łeb i tak nie płacili nic.
- Dobrze, że nie trafił go z łuku gdzieś w klatę albo brzuch, bo wtedy cała skóra byłaby do wyrzucenia. Matoł jeden - myśli kłębiły się w głowie Starego. Na zewnątrz, niby dla niepoznaki, udawał uradowanego z podbicia wyspy i pokonania smoka. W drugiej ręce trzymał telefon komórkowy i skrycie pisał smsa o takiej mniej więcej treści:
"Skóra załatwiona. Możemy negocjować cenę. Twój Mały Świntuszek"
Przeczytaj blog Marynarza
|
|

TROLL
Dzisiaj proponuję ciekawostkę techniczną. Bardzo często zdarza mi się pracować na czymś lub obok czegoś interesującego. Tym razem mam przyjemność być pomiędzy młotem a kowadłem. Z jednej srony atakuje nas widok wspaniałej platformy gazowej Troll A. Jest to najwyższa na świecie konstrukcja holowana przez człowieka. Jej całkowita wysokość wynosi 472m od dna morza. Głębokość w tym miejscu wynosi 303 m, więc wystaje ona ponad wodę jeszcze na prawie 170 m. Betonowe nogi, na których stoi platforma mają windy, które zabierają „zwiedzających” na dno morza. Podróż w dół trwa 9 minut. Jak długo jedzie sie z powrotem do góry, źródła internetowe nie podają. Być może jesto to „one-way ticket”? Platformę zbudowali Norwegowie (cholera, znowu oni), po czym przytargali ją na miejsce z miejscowości Vats przy pomocy holowników. Vats i okolice słyną z bardzo głębokiego fiordu, gdzie mozna bawić się z takimi konstrukcjami. Troll A zaspokaja 10% zapotrzebowania Europy na gaz.
 Po drugiej stronie mamy przyjemność podążać za statkiem Solitaire. Co prawda, przez cały oglądamy jego zgrabną rufę, z której wychodzi czarna długa rura, lecz nie zmienia to faktu, iż jest to największy na świecie statek do układania rurociągów. Ma 300 m długości ( ze stingerem jeszcze wiecej), 41 m szerokości, a jego zanurzenie wynosi 17 m. Chodzi o to, że nie zmieściłby się w porcie w Ustce. Zabiera na pokład 22 000 ton rur oraz 420 osób załogi

Posiada 3 dźwigi w tym 2 do podnoszenia rur ze statków dostawczych oraz jeden specjalny 300 tonowy. Statek ten pobił rekord świata, kładąc rurociąg na głębokości 2775 m i może kłaść najcięższe rurociągi o średnicy do 60 cali. Maksymalna prędkość układania rury to 9 km na dzień. My teraz jedziemy około 2 km na dzień. Prez cały czas dowożone są rury, które są na bieżąco rozładowywane ze statków, tzw. supply vessel. Bunkrów co prawda nie widać, ale też jest fajnie.


Ps. Wszystko byłoby ok, gdyby nie moje głupie docinki. Ale... nie mogłem się powstrzymać.
|

ŚLIMAK
Cudownie i błogo mi. Unoszę się w ciepłej wodzie, słoneczko mnie rozgrzewa. Mógłbym tak i 200 lat bujać się bez chwili przerwy. Może nawet dłużej. Mój skład i budowa powinny mi to zapewnić. Przecież jesteśmy coraz mocniejsi i wytrzymalsi. Możemy bardzo wiele znieść. Wykonujemy ciężką pracę, mamy funkcje do spełnienia, a następnie czeka nas zawierucha, sztormy, palące słońce, siarczyste mrozy. Mógłbym długo wymieniać. Rozkładamy się kilkaset lat. Zresztą, nikt nie wie ilu nas jest. Statystyki mówią o milionach ton rocznie. Rośniemy w siłę! Kupą Mości Panowie! Ale, zaraz zaraz, co to?! Co to mnie zaczepiło i owinęło wokół siebie? Mamma mia! Żółw wodny. Co on ze mną robi, przecież ja...hej, zaraz utoniemy! Co on wyprawia?! Dlaczego nie da mi spokoju? Cholerny Żółw Małpo jedna, przestańże machać tymi swoimi płetwami, bo ci do pyska wlezę i udławię. Co, mało ci?! Masz mnie owiniętego wokół skorupy i głowy. Nie wystarczy Ci, że pokaleczyłeś się na moich ostrych krawędziach i już krwawisz z kilku ran? O, o! Powoli włażę ci do gardła. Szybciej udusisz się niż wykrwawisz na śmierć. Naprawdę zdechniesz , jak nie przestaniesz wiercić się i kręcić. Ale, co to? No, nie, znowu coś się dzieje. Że też nie mogę swobodnie pływać tylko bez przerwy ktoś mi przeszkadza. W ubiegłym tygodniu wciągnęła mnie pompa jednego tankowca, który regularnie tędy przepływa. Ale był dym. Mechanicy klęli, gdy mnie znaleźli w rurociągu. Gadali coś o spalonej pompie i zawalonym systemie chłodzenia agregatu, czy coś w tym rodzaju. Już myślałem, że mnie żywcem spalą, ale tylko wyrzucili za burtę. Który to już raz? Od ilu lat tak się bujam? 5-10? Mogę jeszcze kilkaset. W zeszłym roku mijałem Ziutka. Znamy się, bo pochodzimy z tej samej fabryki opakowań. Ten miał farta. Załapał się do otworu oddechowego jednego z tych głupich jak but delfinów. No, wiecie, co to się nimi wszyscy ludzie tak zachwycają. A, ten jakby ducha zobaczył, gały mu tylko wylazły. Se poskakał. Sam widziałem jak się zawijał coraz głębiej i głębiej. Stamtąd nie ma powrotu. Nie miał szans, tak się Ziutek zaparł i zawziął. Porządna, gruba polietylenowa folia, Janek Zbędny 240 litrów super wytrzymałe. Dwa trupy by się zmieściły do niego, kurde. Ale, co tam Ziutek. Inni moi kumple, mają na koncie wieloryby. Mundek dla przykładu. Niby takie wielkie, ogromne, silne. Bez kija nie podchodź. Jak machnie, to kuter rybacki wywali do góry kółkami. Ale, jak dobrze trafi i zaciągnie któregoś z nas, szast prast i po wielorybie. Czasami, ale rzadko udaje się im nas wydmuchnąć z powrotem. Najlepsi z nas to tacy, podobni do worków na ziemniaki. Mają ostre i bardzo wytrzymałe włókna, którymi czepiają się ofiary niczym rzep psiego ogona. Zadają ranę, po ranie, tnąc delikatnie, ale głęboko. Ofiara, wycieńczona szarpaniną, pląta się jeszcze bardziej i powolutku wykrwawia. Właśnie tak, jak mój obecny przyjaciel, Pan Żółw. Już przestał się wiercić. Już niedługo będzie po wszystkim. Potem będę musiał się uwolnić z pomocą fal i prądu morskiego. Powinno się udać. Moim marzeniem jest duży ssak morski. Takiego zadusić, to jest wyczyn. Taki dużo wytrzyma, ale jak dobrze zatkać otwór w grzbiecie przy wdechu i czekać spokojnie... zacznie charczeć bezgłośnie, dławić się, dusić... uwielbiam patrzeć jak zdychają. Ferajna miałaby by dla mnie większy szaconek. Cholera, co się dzieje? Co to za łapy podnoszą mnie i mojego żółwia? Nie, no przecież tak nie można żyć. Ale, dobra, na razie zabrali mnie na pokład motorówki i wiozą na żaglowiec. Jak oni mnie wypatrzyli? Przecież jestem szary. Ach to ten cholerny Żółw. Mogłem wleźć mu głębiej do gardła Jesteśmy już na górze. Działają sprawnie przyznam szczerze. Delikatnie wciągnęli ponton na burtę. Zajęli się troskliwie nami. Może zdejmą mnie i wyrzucą za burtę Greenpisy jakie, czy co? Na szczęście jest nas dużo. Wiele więcej niż jesteście w stanie znaleźć i posprzątać. Ludzie, wy gnoje, nienawidzę was. Udławicie się plastikiem. Nie aids, nie grypą. Ja zginę w spalarce śmieci, ale inni czekają i są gotowi. Zresztą, sami nas wytwarzacie, używacie, a potem wyrzucacie do rzeki, jeziora, stawu, sadzawki, kałuży, morza, oceanu. Gdziekolwiek.
|
|
|
|
|
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 następna > ostatnia >>
|
|
Strona 1 z 3 |
|