|
Na tropach inspiracji
Do źródła sztuki i duchów Goi
Czy czytając jakąś książkę, nie nachodzi Was ochota, by przenieść się choć na chwilę do miejsca, gdzie osadzona jest jej fabuła lub choćby zobaczyć dom, w którym urodził się jej autor? Albo przynajmniej dotknąć tego samego kamienia, którego dotykał artysta podczas jednej ze swoich podróży? A może widząc jakiś obraz, chcielibyście znaleźć się w pracowni, w której był on tworzony, przyjrzeć się ruchom rąk malarza i układowi fałd sukni portretowanej damy? Mnie taka pokusa nie odstępuje ani na krok. Lubię wędrować do miejsc, w których unosi się duch geniuszu, gdzie w powietrzu czuć jeszcze posmak artystycznego natchnienia. I myślę sobie, że warto choć raz zobaczyć balkon Julii, wiatrak Don Quijota czy fontannę łez Mickiewicza...
Tekst i zdjęcia: Kokieteria

Wyprawa do kolebki Francisco Goi intrygowała mnie od dawna. Wyobraźnia artysty, piętrząca i produkująca demony, co jakiś czas wodzi mnie za nos, nerw, nie dając o sobie zapomnieć. Będąc niegdyś w madryckim Prado, pożerałam dzieła malarza niczym Saturn własne dzieci, przechadzałam się po muzealnych salach niczym Kolos po zgliszczach ziemi. Już wtedy „Kolos” nie był Goi a „Maję nagą” komuś wypożyczono (ale za to co dzień pręży się pod pomnikiem Goi przed muzeum), więc chciało się jeszcze. Jeszcze mogło oznaczać tylko Saragossę i miasto rodzinne hiszpańskiego geniusza, Fuendetodos.
Jak zwykle w moich improwizowanych wyprawach dużą rolę odgrywa szczęście. Jak nazwać inaczej spotkanie człowieka, który jeszcze przed rozpoczęciem własnej pracy zawiezie cię do rodzinnego domu Goi we Fuendetodos, a potem jeszcze do pustelni w Muel i nawet nie będzie denerwował, gdy trzeba będzie wracać wertepami w poszukiwaniu zaginionej na wietrze rękawiczki.

To jest szczęście podróżnika, który ogromnie i z entuzjazmem chce coś zobaczyć, ale środki komunikacji publicznej nie bardzo mogą mu przyjść z pomocą. Jest to szczęście spotykania odpowiednich ludzi, bycia w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie.
Tak w moim przypadku było zupełnie niedawno, kiedy zakupiwszy karnet do wszystkich muzeów śladami Imperium Rzymskiego w Saragossie, buńczucznie weszłam do jednego z nich, poświęconemu rzymskim termom. Pan tam pracujący początkowo wziął mnie za przewodniczkę grupy, która wkroczyła tuż za mną. Jednak szybko zdradził mnie mój włoski (jak mi często mówią) akcent. Po projekcji i obejrzeniu ekspozycji zaczęłam gawędzić sobie z panem z muzeum. Przy okazji zapytałam, czy nie wie przypadkiem, jak najlepiej dojechać do Fuendetodos i do Muel. Okazało się, że przypadkiem wiedział: jego samochodem.
Udaliśmy się więc następnego dnia na przejażdżkę śladami autora „Kaprysów”. Dotarliśmy do Fuendetodos, do wioski, w której każdy zakątek przynależny jest Goi. Podobnie, jak w Certaldo wszystko należy do Boccaccia, w Fuendetodos wszystko jest Goi: Calle Goya, Plaza de Goya, Museo del grabado (de Goya), Casa natal de Goya. Ale jest też coś, co należy do wszystkich. To wspólna studnia – fuen(te) de todos - źródło wody i sztuki.
Na jednej z uliczek znaleźć można nawet płytki azulejos z wizerunkiem malarza i jego słynnym zdaniem, w którym w jakimś sensie odnosi się nazwy miejsce swego urodzenia: „La fantasía aislada de la razón sólo produce monstruos imposibles. Unida a ella, en cambio, es la madre del arte y fuente de sus deseos” („Fantazja odizolowana od rozumu rodzi jedynie niemożliwe monstra. Zjednoczona z nim, na odwrót, jest matką sztuki i źródłem jej pragnień”).
W rodzinnej wiosce Francisco Goi y Lucientes znajduje się Museo del grabado, gdzie latem odbywają się warsztaty miedziorytnicze, a na co dzień można podziwiać słynne ryciny artysty. Jednak, żeby zobaczyć całą kolekcję, warto wybrać się do Museo iberCaja Camón Aznar w Saragossie, które w znacznej części poświęcone jest autorowi „Tauromachii”. Tam też spędziłam resztę dnia poświęconą jednemu z moich ulubionych malarzy.
W drodze powrotnej do Saragossy wstąpiliśmy jeszcze pospiesznie do pustelni w Muel, gdzie na ścianach kościółka znajdują się obrazy Goi. Są dobrze ukryte, ale można spotkać kogoś, kto je pokaże.
My zdążyliśmy dotrzeć do tej pustelni w ostatniej chwili, dosłownie w momencie zamykania jej przez strzegące ją panie.
To przybycie na czas również uznaję za małe szczęście podróżnika.
Z cyklu NA TROPIE INSPIRACJI:
Bruk, po którym stąpał Pessoa
czytaj...
Tam, gdzie unosi się duch Bocaccia
czytaj...
|