Turystyczny.net.pl

Ania, autorka bloga przeżywa przygodę życia. W listopadzie 2010 r. rozpoczęła roczną wyprawę dookoła Hiszpanii.

logo_dookola_hiszpanii

 

365 dni
14 regionów
10.000 kilometrów na szlaku
1 laptop
1.000 pomysłów

Każdy miesiąc to inny region Hiszpanii.

W listopadzie czas na GALICJĘ. Razem z Anią poznamy Santiago de Compostella, Rias Baixas-Ourense, Lugo, Coruna, Rias Altas, Costa da Morte - łącznie ok. 760 km w drodze.


Aniu, jesteśmy z Tobą w podróży i czekamy na relacje z kolejnych etapów!

Czy znasz to miejsce ?

Charakterystyczny obrazek dla tego niewielkiego miasteczka położonego nad skalistą zatoką, blisko oceanu. Klify, galerie sztuki, celtyckie korzenie. No i zgubić się tutaj nie sposób...

Sprawdź odpowiedź  

Partnerzy


Kocham podróże i jeśli akurat nie jestem gdzieś w drodze, na pewno już planuję kolejny wyjazd. Uwielbiam poznawanie nowych kultur, to pierwsze zdziwienie wszystkim co inne i późniejszą próbę zrozumienia, że nie wszystko co nasze, Europejskie, Polskie, musi być najlepsze.
Z uporem maniaka uczę się kolejnych języków obcych- wychodzę bowiem z założenia, iż bez znajomości ich, nigdy nie jest możliwe prawdziwe zrozumienie innych kultur



 

aniaBulwar zachodzącego słońca - Ibiza
 Pisane w Sewilli         

2 czerwca 2011

 

 

 Siedziałam już dziesiątą godzinę nad laptopem, bezskutecznie próbując dokończyć pilne zadanie.

Beznadziejne sytuacje czasem jednak kończą się dobrze.

Mnie frustrujący brak weny doprowadził na...Ibizę.

Gdy kolejne filiżanki kawy i herbaty z cytryną nie przynosiły skutku, postanowiłam poszukać inspiracji w muzyce. Tak natrafiłam na relaksujący kawałek  pt. "Inner Journey". Przeniósł mnie on myślami na Ibizę, do knajpki "Café del Mar - Bar nad Morzem", która słynie ze spektakularnych zachodów słońca i towarzyszącym im, granym na żywo, chilloutowym rytmom, zupełnie takim jak "Inner Journey".

- Taaak, fajnie by było zobaczyć zachód słońca nad Ibizą - pomyślałam spoglądając na setki papierów piętrzących się na moim biurku. Z ciekawości weszłam na stronę linii Ryanair i...oczom nie mogłam uwierzyć. Lot na Ibizę kosztował dwadzieścia złotych. Za taką cenę nie dojechałabym nawet pociągiem z Bydgoszczy do Włocławka...

Nie zastanawiałam się prawie w ogóle. Zarezerwowałam bilety, zakładając, że jeśli nie znajdę taniego noclegu - na jednej z plaż Ibizy obejrzę zachód i...wschód słońca (w końcu od czego są śpiwory, prawda?) Nawet planowałam, że dzisiejszy wpis będzie nosił tytuł "Bezsenność na Ibizie".
Na szczęście - bo w nocy spadł ulewny deszcz- hostele na wyspie są tylko nieco droższe niż ceny biletów lotniczych.

No więc poleciałam na Ibizę zobaczyć zachód słońca i posłuchać muzyki.
Wyspa, która do tej pory kojarzyła mi się tylko z szalonymi imprezami, gigantycznymi klubamy z muzyką house oraz "balkoningiem" (popularna wśród młodzieży niebezpieczna "zabawa" polegająca na skakaniu z balkonu do hotelowego basenu) miała dostarczyć mi niezapomnianych wrażeń w kolorze pomarańczy zmieszanej z krwistą czerwienią.

Na plaży i na tarasie baru Café del Mar ludzie zaczynają się gromadzić nawet kilka godzin przed planowanym "spektaklem". W powietrzu czuć coś wyjątkowego - zupełnie jakby zamiast zwykłego zakończenia dnia - zaraz miała pojawić się jakaś wielka osobistość lub gwiazda filmowa.

Jedni zamawiają drinki, inni po prostu przychodzą na plażę z własnymi kanapkami. Każdy jednak chce zająć najlepsze miejsce - zupełnie jakby przyszli oglądać pasjonujący film do kina, którego gigantycznym ekranem jest niebo rozpostarte nad Morzem Śródziemnym. Zamiast typowego dla kina zapachu popcornu, pachniało morzem i delikatnymi śródziemnomorskimi roślinami. Rozmowy i śmiechy przeplatały się z graną na żywo muzyką chill-out.

Sama ostatecznie zdecydowałam się spędzić wieczór w innym barze - w nieco bardziej kameralnej atmosferze. Tutaj również były na tarasie wygodne kanapy i poduchy, smaczne jedzenie i nastrojowa muzyka. Gdy zrobiło się chłodno - dostaliśmy puchate koce, dzięki którym można by nawet dotrwać do wschodu słońca.

Tak na prawdę na Ibizie znajduje się mnóstwo barów "zachodzącego słońca" przypominających legendarne Café del Mar. Wzdłuż wybrzeża niemal każda knajpka ogłaszała wielkimi napisami, że z jej tarasów "zachody słońca są najpiękniejsze i na żywo grane są chilloutowe klimaty".

Gdy kula słońca zatapia się w końcu w morskim bezkresie, niemal zewsząd dobiegają oklaski. Spektakl dobiegł końca. Następny - już jutro...


Czytaj więcej  i oglądaj na blogu...

 

 

aniaLato, lato
 Pisane w Sewilli         

2 kwietnia 2011

 

W tym roku nie było czasu nacieszyć się wiosną.

Szybko nadeszła, szybko odeszła.
Wiosna nie ustąpiła jednak mrozom i śniegom, tylko 30 - stopniowym upałom.
Wiem - zabrzmi jak Prima Aprillisowy dowcip: 1 kwietnia oficjalnie zainaugurowałam sezon na plażowanie. Pojechałam nad Atlantyk i przy 34ºC rozbiłam plażowy obóz. Zanim dotarłam na wybrzeże, zatrzymałam się w wiosce El Rocío. Tym razem nie pojechałam, by podziwiać westernowy klimat tego miejsca (brak utwardzanych dróg; koń i osiołki to nadal ulubione środki transportu), ale żeby zobaczyć brodzące w pobliskich mokradłach flamingi.

Flamingi zawsze wydawały mi się jakoś niereale - pewnie przez ten ich wściekle różowy kolor. Po czterech latach w Andaluzji w końcu udało mi się je zobaczyć i upewnić, że różowy to nie tylko kolor kiczu, ale  raczej bogatej wyobraźni Matki Natury.
Usiadłam sobie na ławce, zamówiłam sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy i oglądałam flamingi, które z lubością zanurzały swoje różowo- czarne dzioby w brązowawej wodzie. Raz po raz, gdzieś w tle przebiegały dzikie konie.
Zrelaksowana - byłam już gotowa zrelaksować się jeszcze bardziej na plaży. Jeszcze tylko wizyta na plantacji truskawek, kupno całej skrzyneczki i można było rozkładać ręcznik i parasol.
Nie pozostaje nic innego niż ogłosić, że sezon na plażowanie uznaję za otwarty!

 

Czytaj i oglądaj na blogu...

 

 

ania 

 Merida - gladiatorzy i bociany
 Pisane w Sewilli         

6 lutego 2011

 

Stolica Ekstremadury –Merida – ma dość specyficznych mieszkańców.

Nie dają się wyspać nawet w sobotni poranek. Dobiegające zza okna jednostajne klekotanie w końcu zmusiło mnie do pobudki.

O kim konkretnie mowa? O bocianach.
Gdzie nie spojrzeć, wszędzie widać ich długie, czerwone dzioby. Są na dachach, kominach, mostach. Latają, wiją gniazda, przyglądają się ludziom. I klekoczą. Jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie odwiedza Meridy ze względu na bociany. Tutaj się jedzie, by stanąć oko w oko z historią sięgającą dwa tysiące lat. Merida to miejsce, gdzie przy odrobinie wyobraźni, można poczuć się jak w starożytnim Rzymie.

Liczba zabytków pamiętających krwawe walki gladiatorów i wyścigi rydwanów jest wręcz porażająca. Co ciekawe, nawet klasyczną hiszpańską tortillę i gazpacho serwuje się w barach o dekoracjach nawiązujących do starozytności. Żadnych plakatów z korridy, żadnych wachlarzy. Typowo południową atmosferę (choć pogoda w Ekstremadurze, jak narazie jest dość andaluzyjska, ok. 18ºC w ciągu dnia) wypiera starożytny Rzym.


Merida została założona dokładnie 2036 lat temu z rozkazu ówczesnego cesarza Oktawiusza Augusta. Pierwotnie miała być...osiedlem dla emerytów. A ściśle mówiąc emerytowanych rzymskich legionistów. Stąd nazwano to miejsce Emerita Augusta.

Teatr rzymski to najciekawszy zabytek miasta. Tak jak dwa tysiace lat temu, również wspołcześnie odbywają się tutaj spaktakle i przedstawienia. Jest jednak jedna istotna różnica w wykorzystaniu teatru. Ani król, ani żadna partia polityczna nie wykorzystują tego miejsca na mniej lub bardziej wyrafinowane akcje propagandowe, jak miało to miejsce w epoce rzymskiego imperium.

Teatr wykorzystywany był więc do wzbudzania uwielbienia panującego cesarza, ale prawda jest taka że tłumy chętniej ciągnęły do pobliskiego amfiteatru. Dlaczego? Ano, bo można tu było zobaczyć lejącą się hektolitrami krew: dzikich zwierząt i walczących z nimi gladiatorów. W Muzeum Sztuki Rzymskiej można nawet zobaczyć świetnie zrekonstruowane mozaiki przedstawiające mężczyzn walczących z lwami.

Jest też sporo innych, mozolnie poskładanych mozaik, wśród których moją uwagę zwróciła...swastyka. Jak wiadomo hitlerowska III Rzesza zaczerpnęła ten symbol właśnie od Rzymian.

Ile osób mogło uczestniczyć w takich atrakcjach? No cóż, nie istniała telewizja, nie było Internetu. Trzeba było zapewnić rozrywkę dla szerokiej publiczności. Amfiteatr liczył 15 tys. miejsc, a położony nieco na uboczu hipodrom, w którym odbywały się wyścigi rydwanów – 30 tys. To niewiele mniej niż wynosiła wówczas liczba mieszkańców całej Meridy (Emerita Augusta).

Spacerując po mieście natrafić można na wiele innych rzymskich pamiatek: most, akwedukty, łuki, świątynie. A na nich...zgadnijcie! Tak, klekoczące bociany...

 

Czytaj i oglądaj na blogu...

 

 

ania 

 Nerja zatopiona w słońcu
 Pisane w Sewilli         

15 stycznia 2011

 

Za 40 lat, odchodząc na emeryturę, wyprowadzam się do andaluzyjskiej miejscowości Nerja.

Nie żebym myślała już o emeryturze, ale gdy w listopadzie leżałam przy 25C na ławce oglądając widok ze zdjęcia obok, pomyślałam, że jest to świetne miejsce na "długodystansowy" odpoczynek.

Jest plaża, ciepłe morze, kolorowe kwiatki, łagodny klimat, smaczne jedzenie, widok na góry. Jest też w razie czego blisko do dużego miasta. Malaga leży zaledwie 50 kilometrów stąd. A z Malagi to już tylko 4 godziny lotu do Polski. Kto wie, może w 2050 r. będzie już nawet bezpośrednie połączenie na trasie Malaga - Bydgoszcz? (no dobra, ja też w to nie wierzę).

Ten mój entuzjazm nad Nerją dzieli jak widać wielu obcokrajowców. Jedną trzecią wioski stanowią angielscy i niemieccy emeryci. Reszta to przesympatyczni Hiszpanie, co to swoją otwartością i poczuciem humoru potrafią rozweselić każdego zestresowanego przybysza z północy.

W wiosce nie ma co prawda problemu z dostępem do Internetu, ale miło że można tu dostać świeżutką prasę w niemal każdym języku. Uśmiałam się, gdy w jednym z kiosków znalazłam taki oto obrazek:


Gdzieś tam, w kącie znajdował się mały dział zwany: Prasa po hiszpańsku. Ha! Czasem łatwiej tu dostać "The Guardian", niż "El Pais". No, ale ta akurat powolna utrata andaluzyjskiej autentyczności nie jest już fajna.

W samym sercu miasteczka znajduje się promenada zwana “Balkonem Europy”. Położona jest na skalistym przylądku, z którego roztaczają się wyjątkowo piękne widoki na krystaliczne morze, złociste plaże oraz góry tonące w błękicie nieba.

Promenada ta jest bardzo popularnym miejscem spotkań i spędzania wolnego czasu.Taki oto widok można zobaczyć z "Balcón de Europa".


Po aromatycznej kawie z widokiem na Morze Śródziemne, można iść na spacer. Niezwykle urzekające są labirynty krętych uliczek z białymi fasadami domów i zdobiącymi je barwnymi płytkami azulejos. Jak przystało na tradycyjne andaluzyjskie miasteczko, niemal każdy balkon i każde patio tonie w kwiatach, wielokolorowych, pachnących, pnących się fantazyjnie po ścianach budynków.

Nerja posiada ponad 16 kilometrów plaż, zarówno tych gwarnych, szerokich, jak i tych zacisznych przy stromych zboczach, gdzie można zażywać kąpieli morskich i słonecznych w ciszy i spokoju. Niezależnie od miejsca, plaże pokryte są białym i delikatnym piaskiem. Ta pani w czerwonym sweterku też pewnie marzy o emeryturze w Nerja...

Cueva de Nerja zamieszkiwane były przez człowieka już 25.000 lat p.n.e, a na nowo zostały odkryte w 1959 roku przez chłopców polujących na...nietoperze. Największa sala jaskini została przekształcona w jeden z najbardziej atrakcyjnych i o wyjątkowej akustyce, amfiteatrów, gdzie cyklicznie odbywa się międzynarodowy festiwal muzyki poważnej.

A Wy, gdzie byście z chęcią chcieli spędzić emeryturę? :)

Czytaj i oglądaj na blogu...

 

 

ania

 Karp kontra homar czyli hiszpańskie  bożonarodzeniowe   ciekawostki
 Pisane w Sewilli         

19 grudnia 2010

 

Kilka dni temu mój hiszpański znajomy zapytał mnie: o co chodzi u was w Polsce z tymi karpiami w wannie?

Właściwie nie chodzi o nic specjalnego- powiedziałam- tak jak wy jadacie homary podczas Wigilii, tak my jadamy karpie. Niespecjalnie chciałam wracać do korzeni tej PRL-owskiej tradycji. Zastanawialiście się kiedyś, jak dziwny musi to być zwyczaj dla obcokrajowców?

Ponieważ kolega nadal nie rozumiał co ma karp w wannie do homara ze sklepu, wyjaśniłam: po prostu kupujemy je wcześniej i żeby były świeżutkie trzymamy je w wannie...bo do akwarium by się nie zmieściły. Czasem dzieci nadają im imiona, zaprzyjaźniają i potem nie chcą słyszeć o zjedzeniu podczas wigilijnej kolacji...

No, ale to już inna historia. Kolega jeszcze przez kilka chwil kontemplował to, co mu powiedziałam. W tym właśnie momencie pomyslałam sobie, że niektóre bożonarodzeniowe tradycje w Hiszpanii są równie dziwne, jak nasz karp w wannie. Może nie tak niehumanitarne, ale jednak budzące lekkie uczucie zdziwienia.

Absolutnym hitem jest tutaj kataloński el caganer, który obowiązkowo musi pojawić się w każdej bożonarodzeniowej szopce. Jak widać na zdjęciu powyżej jest to człowiek w trakcie...tak, tak- wypróżniania się... Nie wiadomo dokładnie, jaka jest geneza umieszczania tej postaci w świątecznej szopce (ale uwaga, zawsze ustawia się ją w miarę daleko od żłóbeczka). Wiadomo jednak, że symbolizuje szczęście, pomyślność i...urodzaj (no, w końcu w pewien sposób nawozi ziemię, prawda?)  Podobno, bez el caganer nie ma spokojnych i pełnych radości świąt.

To jednak nie wszystko. W ostatnich latach "wypróżniającymi się ludkami" stały się także osoby publiczne. Początkowo był nim ubrany w regionalny strój kataloński wieśniak, obecnie jednak można kupić i prezydenta Obamę, słynnych piosenkarzy, a nawet można skompletować wypróżniający się w szopce cały zespół FC Barcelony!

Drugą zaskakującą tradycją (też pochodzi z Katalonii) jest...wypróżniający się pieniek drewna (!) Na szczęście to, co wydala, to głównie prezenty dla najmłodszych. No, ale od początku! Jak mówi tradycja, w okolicach ósmego grudnia...pieńki drzewa (Tió de Nadal) pukają do drzwi i czeką na zaproszenie przyjęcia ich do domu. Od tego dnia, aż do Wigilii, trzeba je nakryć ciepłym kocem i codziennie karmić suchym chlebem i owocami. W końcu, 24 grudnia, pieniek się wypróżnia, zostawiając dzieciom prezenty w postaci słodyczy (większe prezenty przynoszą Trzej Królowie 6 stycznia!). Gdy już nie ma czym się wypróżniać, na podłogę ląduje cebula i czosnek (???). Prezenty jednak się nie pojawią, jeśli dzieci nie uderzą pieniek kijkiem i nie zaśpiewają mu tradycyjnej piosenki, w której proszą, by (w wolnym tłumaczeniu): "zrobił prezentową kupę".

Czytaj i oglądaj na blogu...

 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 następna > ostatnia >>

Strona 1 z 2